Wstęp
Czasem nie trzeba wielkich planów, żeby dzień nabrał znaczenia. Wystarczy koc, park i kilka godzin wolnego.
Cztery dni po cztery godziny – moja próba „slow life”
W sierpniu spędziłam cztery dni po cztery godziny w Parku Skaryszewskim. Brzmi to jak zapowiedź mojego planu: cztery dni pracy w tygodniu po cztery godziny. Jeszcze tam nie dotarłam, ale cel mam jasno określony.
Dwa pierwsze dni przeznaczyłam na spacery, zwiedzanie okolic i leżenie na trawie. Kolejne dwa – na spotkania. Jedno było zawodowe, z klientką. Godzina minęła nam tak szybko, że nawet nie zauważyłam kiedy. Drugie spotkanie – z Dorotą Prus ta od korekty (tak ją znajdziecie na LinkedIn). Wzięłam koc, marchewki (których Dorota odmówiła) i ruszyłyśmy nad jeziorko Kamionkowskie.
Kiedy siedzi się cztery godziny w jednym miejscu, można zaobserwować naprawdę sporo – ale to materiał na osobny wpis. Teraz pora przejść do sedna naszego spotkania.
Marchewki, koc i LinkedIn – czyli spotkanie z Dorotą
Spotkałyśmy się dzień przed warsztatami z malowania kawą (o których pisałam tutaj). Kolejność wpisów odwróciłam, choć Dorocie obiecałam trzecią kawę. Motyw przewodni był jednak podobny, więc wszystko samo się magicznie ułożyło. A raczej to ja zdecydowałam, aby zmienić kolejność, samo się nic nie dzieje. Z Dorotą poznałyśmy się na spotkaniach LinkedIn local Warszawa i postanowiłyśmy spotkać się poza tą gwarną przestrzenią. Kto był, ten wie jak tam panuje harmider.
Na kocu spędziłyśmy cztery godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Kiedy ostatnio mieliście taki czas – bez planu, bez presji, po prostu „nicnierobienie”? Gdyby nie niewymuszona wizyta w parku, sama pewnie bym go sobie nie podarowała. Ciągle uczę się odpoczywania bez wyrzutów sumienia.
Kto biega po górach bez snu i dlaczego nie ja
Pierwszy temat, który zanotowałam, to biegi czterodniowe po górach. Nie mieści mi się w głowie, jak można biec tyle dni bez snu. Ja położyłabym się już pierwszego dnia na miękkim mchu – a po całym dniu nawet skały wydawałyby mi się mięciutkie jak pierzynka. Żadna siła nie zmusiłaby mnie do nocnego biegu. Od osiemnastej mój mózg włącza tryb zwalniający i szykuje się do snu.
Nie mam pojęcia, co trzeba mieć w głowie i w ciele, by wytrwać w takim biegu. To tak abstrakcyjny pomysł, że moja wyobraźnia odmawia współpracy. Doszłyśmy jednak do wniosku, że potrzebna jest niebywała odporność psychiczna i fizyczna. A zaraz potem zgodnie stwierdziłyśmy, że ci ludzie są po prostu… szaleni.
Temat jednak nie dawał mi spokoju, więc drążyłam dalej. Skąd bierze się taka motywacja, nawet jeśli są „szaleni”? Dorota uznała, że to motywacja wewnętrzna. Ale skąd się rodzi? Z wychowania, ze środowiska? Co jest katalizatorem? W piątek nie znalazłam odpowiedzi, ale w sobotę – po warsztatach z kawą – już tak, a raczej przyjęłam perspektywę na dziś. Zerknijcie do tamtego wpisu.
Z tamtej strony jeziorka
Po drugiej stronie jeziorka zobaczyłyśmy dwie osoby na wózkach inwalidzkich, które próbowały podjechać pod stromą górkę. Kobieta z psem pomagała osobie bez napędu elektrycznego. Nasza rozmowa naturalnie zeszła na temat ograniczeń, które dostrzega się dopiero wtedy, gdy samemu doświadcza się choroby, niemocy czy niepełnosprawności. Podjazdy, schodki, brak poręczy, ławek czy koszy na śmieci – wszystko to nagle staje się kluczowe.
Przypomniała mi się wtedy piosenka Łony „Patrz szerzej”, która zachęca do zmiany perspektywy. Warto zadawać sobie pytania: a co, jeśli to ja kiedyś będę poruszać się na wózku? Co, jeśli to ja będę zmuszona uciekać z kraju?
Odpuszczanie: siła, słabość czy zwykła mądrość?
W notesie znalazłam jeszcze pytanie: „Odpuszczanie – siła czy słabość?”. Nie wiem już, czego dotyczyło, ale skoro je zapisałam, musiało mnie poruszyć. I myślę, że idealnie pasuje do tego spotkania z Dorotą.
Odpuszczenie biegu w połowie – siła czy słabość?
Zrezygnowanie z pracy, która nie służy – siła czy słabość?
Rezygnacja z własnych potrzeb, by pomóc innym – siła czy słabość?
Dziękuję, Doroto, za wspólnie spędzone popołudnie. Warto rozmawiać.
p.s. ciekawa jestem co Dorota, by poprawiła w moim tekście? 😊
p.s.1 długi ten wpis wyszedł, kto przeczytał do końca niech zostawi komentarz 🤭
p.s.2 kończą ten wpis, sąsiad puszczał Marka Grechutę „Dni, których nie znamy” – może to nas napędza? Dni których jeszcze nie znamy?





50kaw – zostańmy w kontakcie:
Ten projekt to dziennik mojej drogi.
Zostaw maila – jeżeli chcesz otrzymać informacje o nowych wpisach – nic więcej nie będę wysyłać.
Zatem! Pospacerujmy razem.

Nie za długi. Wręcz czuję niedosyt. I nadal nie wiem co z marchewkami… a zdjęcie fajne 🙂
Odpuszczanie – siła czy słabość? Nagrałem z Natalią podcast o tym. Ciekawy jestem Waszych przemyśleń. Moje są na YT – nie linkuję, bo nie czuję, aby to była przestrzeń na to 🙂
Pozdrawiam 🙂
Marchewki zjadłam sama 🤭 Dorota odmówiła. 🤷 Poszukam podcastu i posłucham. Dobrego dnia ❤️
Zostawiam komentarz! 😁
Chętnie będę czytać i dłuższe ❤️
Dziękuję serdecznie, będę mieć na uwadze 🤭